Judges

Professional JournalistsBeginner JournalistsAll articles Professional Journalists

17 Jan

Piotr Gadzinowski (Poland)
Tak Po Prostu, Dec 1, 2013


529

Nieznośność lekkości bytu [The Unbearable Lightness of Being]

Białoruś potrafi zachwycić. Już od pierwszej chwili, od wjazdu. Te malownicze wioski skryte w leśnych zakolach. Urokliwe drewniane domki z przepięknie rzeźbionymi ramami okiennymi. Przyroda nieskażona komercjalizacją.

Kryniczna woda czerpana żurawiem i aromatyczny samogon skraplany wieczorową porą. A jeśli wjedziemy tam z Ukrainy, to porazi nas wszechobecna czystość i panujący w gospodarskich obejściach porządek. „Białoruś to taka Bawaria moskiewskiej Unii Euroazjatyckiej”. To, zasłyszane w Pińsku, żartobliwe określenie nie jest pozbawione głębszego sensu. Statystyczny poziom życia naszych sąsiadów, wedle danych Międzynarodowego Fundusz Walutowego, z PKB wyliczonym na 15 tysięcy USD rocznie na mieszkańca, wyższy jest nie tylko od ukraińskiego, także bułgarskiego, rumuńskiego i tureckiego. Zamożność Białorusinów jest relatywna i czasem ukryta. Ze swą średnią pensją, obniżoną przez inflację do około 400 USD, wypadają blado wobec obywateli polskich. Zwłaszcza, że ceny żywności, kosmetyków, sprzętu AGD dorównują tym w polskich hipermarketach. Bywają w Polsce towary tańsze, co sprawia, że około 15 procent klientów naszej strefy przygranicznej to przyjezdni z Białorusi. Niższe dochody rekompensuje Białorusinom państwo dotując im koszty energii elektrycznej i ogrzewania. Nawet do 70 procent w porównaniu z litewskimi czy polskimi sąsiadami. Tani jest transport publiczny, cena litra benzyny nie przekracza jednego USD. Ceny innego paliwa – alkoholu nadal są niskie. Dzięki nim Białorusini rocznie wydają na alkohol 2 miliardy USD. Więcej niż na leki. Widać czują się zdrowsi. Zwłaszcza, że służba zdrowia jest tam prawie darmowa, podobnie jak edukacja. Obywatel może też liczyć na skromny, ale sprawny system świadczeń socjalnych. Nie ma mowy o rozpasanej korupcji, wymuszaniu łapówek przez policjantów i urzędników, co powszechne jest u ukraińskich i rosyjskich sąsiadów. Dodatkowo prawie każda białoruska miejska rodzina ma swoją „kolonię wewnętrzną” – rodzinne gospodarstwo na wsi. Źródło taniej żywności i bimbru. Czasem też dodatkowych dochodów z niewielkich emerytur żyjących na wsiach staruszków. Oszczędnych, bo przywykłych do życia w warunkach gospodarki naturalnej, wojennej wręcz. Dziewięciomilionowym krajem rządzi prezydent Aleksander Łukaszenka. Dysponujący olbrzymim majątkiem państwowym i budżetem swego urzędu – Administracji Prezydenta. Rząd i parlament pełnią wobec prezydenckiej Administracji funkcję  łużebną. Nadal ponad 70 proc. dochodu narodowego Białorusi wytwarzają przedsiębiorstwa państwowe faktycznie kontrolowane przez Administrację. Taka struktura własności i zarządzania spłaszcza różnice w poziomie dochodów i życia obywateli. Ułatwia ręczne sterowanie gospodarką kraju, działania interwencyjne w sferze socjalnej, czy forsowanie drogich, lecz pr stiżowych dla prezydenta przedsięwzięć. Jak choćby budowa obiektów sportowych i organizowanie międzynarodowych zawodów.

LISIA POLITYKA

Rządzący od 1994 roku prezydent Łukaszenka jest mistrzem tej sztuki. Sprytnie sprzedaje Kremlowi prawa do utrzymania w Miń- sku jego wpływów, gra na mocarstwowych ambicjach ekipy prezydenta Putina. Dążący do stworzenia własnej Unii Euroazjatyckiej Kreml czyni z Białorusi pokazowy przykład dobrodziejstw swojej „polityki marchewki” i demonstrowania Ukrainie i wahającym się republikom środkowoazjatyckim korzyści płynących z integracji gospodarczej z Moskwą. Rosyjska „marchewka” to przede wszystkim niskie ceny gazu i ropy naftowej. Eksperci Międzynarodowego Funduszu Walutowego szacują, że w taki sposób Białoruś dostaje około 5 miliardów USD dotacji rocznie. Czyli statystyczny Białorusin otrzymuje dwukrotnie więcej dotacji niż Polak z budżetu Unii Europejskiej. Rosja kusi też ekipę Łukaszenki preferencyjnymi kredytami związanych z Kremlem banków i międzynarodowych organizacji współpracy gospodarczej. W zamian dąży do przejmowania przez rosyjskie fi rmy kontroli nad białoruskimi partnerami, do udziału w prywatyzacji białoruskiego majątku. Różnymi metodami. Można miękko jak Gazprom, który licznymi akcjami sponsorskimi, ostatnio publiczną obietnicą odrestaurowania twierdzy brzeskiej, tworzy społeczne poparcie dla swej ekspansji gospodarczej. Można jak niedawno Władysław Baumgart, dyrektor generalny koncernu Urałkali. On „usiadł przed premierem, założył nogę na nogę i oświadczył: tak nie będzie. Potem splunął w stronę rządu i śmiejąc się pojechał na lotnisko. Tam go zdjęliśmy” – tak relacjonował mińskie aresztowanie Baumgarta oburzony prezydent Łukaszenka. Dimitrija Samojłowa, kolegę z pracy Baumgarta, białoruskie KGB „zdjęło” w pociągu Moskwa – Petersburg. Czyli na terenie obcego państwa. Obu oskar- żono o próbę przejęcia Białoruskiej Kompanii Potasowej i działanie na jej niekorzyść. Konkretnie o wycofanie się z rosyjsko-białoruskiego kartelu, złamanie zmowy cenowej, co doprowadziło do obniżki cen białoruskiego potasu i nawozów sztucznych na światowych rynkach. Przy okazji obniżyła się też wartość białoruskiego koncernu potasowego, który zamierzali kupić Rosjanie. Obniżka cen zachwiała białoruskim budżetem. Wszak ponad 40 proc. światowego eksportu potasu pochodzi z Białorusi, a jego sprzedaż to 15 proc. wszystkich walutowych dochodów tego państwa. Zdesperowany prezydent Łukaszenka wezwał MSZ i swych ambasadorów do zajęcia się handlem rodzimym potasem. I zablokował prywatyzację sektora potasowego. Poparł go w tej grze prezydent Putin, bo aresztowani potasowi oligarchowie pochodzą ze stajni byłego prezydenta Dymitra Miedwiediewa. A tych można już „zdejmować”. Jednak Rosja nie chce być „kluczowym partnerem” Białorusi zredukowanym do roli Wielkiego Sponsora. Coraz silniej domaga się udziałów w prywatyzacji białoruskiego majątku. Do niedawna prezydent Łukaszenka próbował grać na dwa fronty, lawirować pomiędzy Unią Europejską a Moskwą. Za cykliczne liberalizowanie swej polityki wewnętrznej, obietnice demokratyzacji, dostawał kredyty z Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Potem wymuszał rosyjskie dotacje za porzucenie proeuropejskich orientacji. Po kilku takich reorientacjach cierpliwość UE wyczerpała się. Białoruś ogłoszono „ostatnią dyktaturą Europy” i zamrożono z nią stosunki polityczne. Prezydenckim elitom władzy zakazano wjazdu do państw Unii. Kreml, niezagrożony europejską alternatywą Mińska, zintensyfikował politykę wspólnego białorusko-rosyjskiego państwa. „Lisi” Aleksander Łukaszenko zdążył jednak stworzyć alternatywną siatkę sojuszy gospodarczych. Dzisiaj handluje z Iranem, Wenezuelą, Kubą, a kolejnym „strategicznym partnerem” Mińska został Ekwador. Białoruś oferuje swe towary i usługi na tradycyjnych rynkach Mongolii, Wietnamu i nowych – Indonezji, Malezji, Pakistanu i Afganistanu. Nową nadzieją Mińska stały się również Chiny. Obiecują one budowę wielkiego białorusko-chińskiego parku industrialnego pod Mińskiem, który ma przynosić miliardy USD białoruskiemu budżetowi. Chińska ekspansja wzbudza wewnętrzne i rosyjskie protesty, ale na razie chińskie kredyty pudrują tamtejszą rzeczywistość. Białoruś odziedziczyła po ZSRR rozbudowaną bazę przemysłową, kilka nowoczesnych kiedyś branż, ale niemodernizowane, przestarzałe przedsiębiorstwa nie są dziś konkurencyjne wobec Unii Europejskiej, także Rosji i Kazachstanu. Dochodzi do tego rolnictwo dofinansowywane z budżetu dwoma miliardami USD rocznie, które jest jednak mniej wydajne niż w krajach Unii Europejskiej. Ostatnie miesiące przynoszą więc coraz więcej złych danych ekonomicznych. Wzrosła inflacja, spadła produkcja przemysłowa, wiele przedsiębiorstw produkuje towary, na które brak chętnych nawet w Afganistanie. Kreml chce ograniczyć dotacje, bo wraz ze spadkiem cen ropy Rosja przeżywa kłopoty gospodarcze, a i sam Łukaszenko ma coraz mniej wartościowych przedsiębiorstw, które mógłby dać pod zastaw zagranicznego wsparcia. Łukaszenko przekonał Białorusinów, szczególnie tych na wsi, że jego rządy zapewniają stabilne, choć często skromne, życie. No i porządek w przeciwieństwie do sąsiedniej Rosji i Ukrainy. Oprócz obietnic spokojnego, lekkiego bytu władza tworzy mit białoruskiej wspólnoty. Dachu, pod którym mogą schronić się wszyscy obywatele.

„KOCHAM BIAŁORUŚ”

Informują z billboardów pogodne, wielopokoleniowe twarze. Prezydent Łukaszenka próbuje stworzyć sobie „bezpartyjne”, obywatelskie zaplecze. Odwołuje się do wspólnoty białoruskiej. Ale szczególnej. To białoruskość bez dominacji białoruskiego języka literackiego, inteligencji białoruskiej. Tu język rosyjski jest równoprawnym państwowo i często językiem porozumienia mniejszości narodowych. Językiem biznesowym, często show biznesu, czasem językiem nowoczesności. Białoruskość państwa Łukaszenki to kultura ludu wiejskiego. Etniczność. Kuchnia białoruska i rusznik białoruski. Także sport białoruski, armia i historia. Aktualna polityka historyczna zadziwia swą pojemnością. Białorusinami są obecnie Radziwiłłowie z Miru i Nieświeża, zamków odbudowanych przez władze. Adam Mickiewicz też jest szeroko rozumianym Białorusinem, podobnie jak postępowa pisarka Eliza Orzeszkowa. Armia białoruska wchłonęła do swej tradycji zwycięstwo pod Grunwaldem, zdobycie Moskwy w 1612 roku z Polakami i Berlina w 1945 roku z Armią Czer- woną. Taki synkretyzm historyczny sprawia, że w Brześciu w promieniu pół kilometra stoją pomniki: Włodzimierza Lenina, Adama Mickiewicza i Jana Pawła II. Ten ostatni stoi na placu kościelnym. Ten pierwszy jest stałym pomnikowym elementem każdego białoruskiego miasteczka. Wszak to Lenin ogłosił prawo narodów do samostanowienia, i tak został patronem białoruskiej radzieckiej republiki, czyli też państwowości. Relacje państwo – kościoły są przewidywalne. Kościoły mogą sobie swobodnie działać, pod warunkiem lojalności wobec prezydenta i jego Administracji. I utrzymywać się przede wszystkim za własne fundusze. Państwo potrafi pozwolić wyświęcić na diakona aktywistę białoruskiego ruchu obrony gejów i lesbijek. Potrafi też cofnąć zezwolenie na marsz przeciwko legalnej aborcji, który zbyt silnie zjednoczyłby Cerkiew prawosławną i Kościół katolicki. Pomimo tak rozumianej wolności religijnej bojkotowany przez UE prezydent Łukaszenka doznał zaszczytu audiencji u papieża Benedykta XVI. Mińsk wart jest mszy, nawet rządzony przez „ostatniego dyktatora Europy”. Choć problemów gospodarczych nie brakuje, to poparcie dla prezydenta Łukaszenki jest nadal wysokie. Wedle niezależnego ośrodka badań społecznych NISEPI jesienią 2013 roku na obecnego prezydenta zagłosowałoby na pewno 42,6 procent. To daje mu pewne zwycięstwo bez fałszerstw, bo aż 81,5 proc. ankietowanych nie zna żadnego kontrkandydata Łukaszenki. Opozycja za muje się sobą. Gdyby wybory prezydenckie odbyły się obecnie, to cała opozycją nie byłaby w stanie obsadzić swymi mężami zaufania nawet połowy komisji wyborczych. W wyborach lokalnych nie wystawiłaby tylu kandydatów, by, nawet po wybraniu ich, uzyskać większość. Białoruś zachwyca czystością, porządkiem, spokojem. Przyjezdnych. Dla miejscowych młodych, ambitnych ludzi Białoruś to coraz bardziej egzotyczny skansen. Wręcz wiocha, na- wet w Unii Euroazjatyckiej. Ci, którzy nie mają szans na pracę w wojsku, administracji państwowej, zagranicznych fi rmach szukają przyszłości na emigracji. Przede wszystkim w Rosji, bo tam nie potrzebują wiz ani lekcji języka. Na Białorusi zmian nie przewiduje się. Już nawet opozycja pogodziła się, że w 2015 roku prezydentem znowu zostanie Aleksander Łukaszenka. Chyba, że gospodarka padnie pod ciężarem spłat kredytów zaciąganych na finansowanie lekkości białoruskiego bytu. „Cała nadzieja, że zbankrutuje” – słyszałem głos nadziei radykalnej opozycji. Tylko, czemu aby było lepiej, wpierw musi być jak najgorzej?