Judges

Professional JournalistsBeginner JournalistsAll articles Beginner Journalists

21 Jan

Bartłomiej Pograniczny (Poland)
Cogito magazine, Dec 5, 2013


376

Ucieczka do Polski [Escape to Poland]

Czeczenia, Syria, Białoruś. Tu się urodzili, ale wojna, terror, zniewolenie zmusiły ich do ucieczki z rodzinnych stron. Chcą godnie zyć. Nie jako uchodźcy, ale pełnoprawni obywatele. Są młodzi, mają marzenia i odwagę, by walczyć o siebie i bliskich! Polska jest ich nowym domem lub przystankiem w drodze...


Szpieg wraca do kraju

Homs, 2011 rok. – Dokumenty! Polak? Co pan robi w Syrii? – Igor Dolatkowski nie wie, co odpowiedzieć. Przecież mieszka w Syrii już 17 lat. Ale od miesięcy trwa bratobójcza wojna rebeliantów i wojsk prezydenta Asada. Igor nie ma syryjskiego obywatelstwa. Oficer, który go sprawdza, ma już swoją wersję: Dolatkowski jest polskim szpiegiem.

Wcześniej takie rzeczy chłopak słyszał na studiach w Tartus. Ale tylko czasami, w żartach od kolegów z wydziału turystyki. Kiedy konflikt się zaostrzył, coraz częściej i to od żołnierzy w trakcie kontroli w Homs, przez które zawsze wraca do domu w Hamie. Jego mama jest Polką, ojciec Syryjczykiem. W 1994 jako dwulatek znalazł się w Syrii. Spełnia wszystkie warunki, by otrzymać obywatelstwo, ale wcale go nie chce. Bo musiałby iść do wojska. A w syryjskim wojsku rządzą bardzo brutalne prawa. – Dowódca może co roku zabić trzech ze stu swoich podwładnych. Bez powodu. Jak się upije czy po prostu wkurzy. Traktuje się ludzi gorzej niż psy – wyjaśnia chłopak. Być może dzisiaj stałby w Homs, Hamie czy Damaszku i sam sprawdzałby ludzi, czy nie są w opozycji, czy ich rodziny nie walczą w oddziałach rebeliantów.

Puste miasto

Jego rodzice się rozwiedli, dlatego, zgodnie z syryjskim prawem, mieszka z matką. Jest katolikiem, miał mieszkanie w dzielnicy chrześcijańskiej. Z syryjską częścią rodziny nie ma kontaktu. Dla kolegów przybrał imię Sari. – Traktowali mnie jak swojego. Ale gdy przyszli wojskowi, zaczął się problem – dodaje. Dla nich był Polakiem. I to jeszcze na długo przed wojną. Odwiedzali go w domu i wciąż zadawali te same pytania: dlaczego jest w Syrii, czemu nie ma obywatelstwa, skąd zna tak dobrze język. Pukali też do innych „zagranicznych”. – Po prostu, żeby ludzie czuli, że jest wojsko, że jest władza. Chodziło tylko o zastraszanie – mówi Igor Sari.

Kiedy zaczynała się wojna, byli z matką odcięci od informacji. Dopiero w sieci zobaczyli pierwsze zdjęcia. Przedstawiciele rządu, politycy uciekli. Przez dwa miesiące nie było policji i żołnierzy. Miasto było puste. Nikt nie zginął. 45 kilometrów dalej wojskowi rozprawiali się z Homs. 31 lipca, dzień przed ramadanem byli już na przedmieściach Hamy. Za murami tego półmilionowego miasta mieszkańcy budowali barykady. Ale wojsko użyło artylerii. Zginęło 100 osób. – To ofiary, o których wiadomo, jak się nazywały, których dane ustalono. Tych, których zamknięto na stadionie piłkarskim było więcej. Paręset. Nikt nie wrócił – mówi Igor. Dzielnica chrześcijańska nie była zniszczona. Sari twierdzi, że chrześcijanie generalnie są prorządowi, dlatego nie dotknęły ich duże represje. Jednak tuż obok żołnierze chodzili po mieszkaniach. Nagle znikali ludzie. Tak przez cały ramadan. Kiedy wojsko wreszcie wyjeżdżało, żołnierze pisali na murach: „Wrócimy”, „Asad jest waszym Bogiem”.

Ostatni samolot

– W Syrii możesz generalnie robić wszystko, co chcesz. Życie jest tam naprawdę fajne. Dopóki nie mówisz o polityce albo religii. To zakazane – wyjaśnia. Za mniejsze przewinienia wystarczy wręczyć odpowiednią łapówkę. – Miałem wielu znajomych, którzy kogoś zabili, poszli do więzienia, dwa dni później byli z powrotem – opowiada. Jednak, kiedy ktoś zrobi coś przeciwko prezydentowi czy partii, łapówka nie uratuje.

Mama Igora pojechała do Polski. Postanowiła zorganizować ucieczkę. Miała sprawdzić, czy jest szansa na mieszkanie i czy syn będzie mógł rozpocząć nowe studia. Kiedy wszystko było już gotowe, wysłała do niego maila: Pakuj się. Wyjeżdżamy.

– Nie było tak łatwo. Czekaliśmy jeszcze trzy miesiące – wspomina Dolatkowski. Najpierw złożył papiery do Krakowa. Chciał się dostać na kurs polskiego. Z mamą i znajomymi z Polski rozmawiał w domu w ich wspólnym języku. Ale znał go za słabo, żeby studiować po polsku.
Liczyli na pomoc polskich dyplomatów, ale ambasada zawiodła. – Kiedy zamknęli placówkę w Damaszku, nawet nie zadzwonili do Polaków mieszkających w mieście. Nie napisali, że uciekają – wytyka dwudziestolatek. Razem z mamą z Damaszku odlecieli samolotem rejsowym węgierskiej linii Malew. Ostatnim. Potem były już tylko awaryjne loty dla ambasadorów czy polityków. Zabrali ze sobą dokumenty, maturę Igora, papiery z uniwersytetu, pieniądze, złoto. Reszta została.

Zrobię Polsce reklamę

Wylądowali w Budapeszcie. Stamtąd polecieli do Warszawy. Mama zamieszkała u rodziny, chłopak pojechał do Krakowa na kursy językowe. Dostał się na studia na Uniwersytecie Jagiellońskim i jednocześnie na Warszawskim. Wybrał stolicę. – Kraków jest cudowny, piękny, ale to w Warszawie jest przyszłość. Tutaj są ambasady, będę mieć więcej kontaktów – wyjaśnia. Chce zająć się dyplomacją, dlatego planuje aplikację dyplomatyczno-konsularną w MSZ. Warunkiem przyjęcia jest obywatelstwo polskie, znajomość dwóch języków na poziomie zaawansowanym i magisterka. Obywatelstwo już ma, języków zna kilka. Postanowił, że nie będzie kontynuował turystyki. Uważa, że jest za wcześnie, żeby pisał po polsku pracę licencjacką. Wybrał arabistykę. Pierwszy rok już za nim. Jeśli dostanie się na aplikację konsularną i zda egzamin, po dwóch latach pracy w Ministerstwie może zostać zatrudniony w którejś z ambasad. Najlepiej w Syrii lub Libanie. Bo tam są świetni ludzie i dobra kuchnia. – W świecie arabskim nie wiadomo nic o Polsce. Brakuje dobrej reklamy. Dla Syryjczyków Polska to część Rosji. Znają tylko Lecha Wałęsę, ale to wszystko. Chciałbym przekazywać im informacje o kraju – tłumaczy.

W tej wojnie stracił znajomych. Wielu jego kolegów działa w Wolnej Armii Syrii. – Mój przyjaciel studiował w Polsce. Dowiedziałem się, że wrócił do Syrii walczyć. Studiował medycynę, teraz będzie pomagać rannym – dodaje. Sam pewnie też niedługo wróci. Ale już jako polski dyplomata.

Bojownik artysta

– W nocy bombardowali centrum miasta. Wszystko było słychać, jak za drzwiami. Strzelali po 3-4 godziny przez przerwy – wspomina Ramzan Mustafinov. Ma 19 lat, a za sobą już dwie wojny. Pierwszej nie pamięta. Kiedy w 1999 wybuchła II wojna czeczeńska, miał 5 lat.

Z dziecięcego pokoju szybko przeniósł się do piwnicy. – Schodziliśmy tam na bombardowania. Mieliśmy wodę do kolan. Niektórzy mieszkali tam przez wiele miesięcy. Rozpalali ogniska, korzystali z gazu. Jedli cokolwiek. Niektórzy nie wytrzymywali, wychodzili na zewnątrz. I ginęli – opowiada.

Dwadzieścia kroplówek

Trzeba było szybko wyjechać. Do Inguszetii. Najbliżej i granica niestrzeżona. Rodzice zorganizowali ciężarówkę, upchali na niej poduszki, materace, dokumenty i całą siedmioosobową rodzinę. I jak 174 tysiące innych Czeczenów pojechali na zachód. Zamieszkali na wsi, w jakiejś ruderze. Kiedy zasypiali, na horyzoncie wciąż było jasno. Niebo było czerwone. – Niesamowity, można by pomyśleć, piękny widok – opowiada dzisiaj Ramzan.

Warunki były fatalne. Chłopak zachorował na dyzenterię. Lekarze nie chcieli się nim zająć. Zajęliby się, ale za łapówkę. Przed śmiercią uratował go dyrektor zespołu medycznego, który przyjechał na wieś. Był znajomym brata jego dziadka. – Wkurzył się na lekarzy. Od razu się mną zaopiekowali. Dostałem dwadzieścia kroplówek – mówi dziewiętnastolatek. Rodzina przeniosła się w okolice Małgobeku, w lepsze warunki. – Ludzie mieszkali tam dobrze, nowocześnie – mówi Ramzan. Za 1500 rubli miesięcznie wynajęli dla siebie mały dom. Z gliny. – Był bardzo zaniedbany. Matka musiała wszystko odnowić. Pomalowała dom na biało. – wspomina. A w ogrodzie rosły winogrona. Przy wejściu jabłoń. – Jak w bajce – opowiada chłopak.

Pijani Ruscy w czołgach

Jako sześciolatek poszedł do inguskiej szkoły. Czeczeni, mimo bliskości republik, byli w niej dyskryminowani. Konflikt między dwiema częściami byłej Autonomicznej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej zaczął się, kiedy w 1991 roku Czeczenia ogłosiła niepodległość. Inguszetia wolała podpisać układ federacyjny z Rosją. Dlatego w 2000 roku młodzi Czeczeni byli tymi złymi, bo to ich rodziny rozpoczęły tę krwawą wojnę. Przez to Mustafinov siedział w klasie w ostatniej ławce. Bawił się z kolegą samochodzikami, bo i tak nikt się nim nie interesował. Kiedy dwa lata później wojna oficjalnie się skończyła, Rosjanie kazali wracać do Groznego. Ale to nie było już to samo miasto. – Ktoś zabił jego ducha – stwierdza chłopak. Przyznaje, że to było jedno z najgorszych miejsc, w których mieszkał. Rodzice bali się wypuszczać go do szkoły. Nie wiadomo skąd, nagle nadlatywały helikoptery. Na skrzyżowaniach stały na wpół zamaskowane czołgi, a w nich… pijani Rosjanie.

Czystki

– Najgorsze były czystki. Czystki z bandytyzmu – wspomina chłopak. Kiedy miał jedenaście lat, zaczęło się nocne walenie do drzwi. O trzeciej nad ranem do mieszkania wchodzili rosyjscy żołnierze. Świecili latarką prosto w oczy i pytali, kim jest. Czy może w partyzantce? „On ma dziesięć lat” mówiła jego matka. Specjalnie zaniżała wiek, 14-latkowie formalnie mogą już używać broni, dlatego Rosjanie chcieli eliminować przyszłych rebeliantów.

Któregoś dnia miał pojechać z klasą zobaczyć choinkę w centrum Groznego. Ktoś odradził. Jego matka, wicedyrektorka szkoły, nie chciała narażać dzieci. Potem z telewizji dowiedziała się, że to była mądra decyzja. Na drzewku wisiał ładunek wybuchowy. Choinkę rozsadziło. Kilka osób zginęło, wiele zostało rannych. Może zabawkę na drzewku dotknął jakiś zaciekawiony malec?

Przez Moskwę do Warszawy

O tym, żeby wyjechać rodzina Ramzana myślała już na początku wojny. Jego ciocia uciekła do Europy, ale matka i ojciec zdecydowali, że zostaną. W 2003 roku po referendum konstytucyjnym Czeczenia stała się częścią federacji rosyjskiej. Kolejna szansa na lepsze życie pojawiła się trzy lata później: mogli wyjechać. W Norwegii mieli rodzinę, jednak ich nową ojczyzną miała stać się Polska. Paszport zagraniczny? Tak, ale najpierw łapówka. Zwłaszcza, że kiedy chcieli wyjechać, okazało się, iż dane ojca Ramzana zgadzały się z danymi jakiegoś przestępcy. Chłopak pojechał tylko z matką. Najpierw trzy dni do Moskwy, potem Białoruś i w końcu Polska. O szóstej rano wysiedli z pociągu w Terespolu. Zanim dostali się do ośrodka dla uchodźców w Łukowie, zostali dokładnie sprawdzeni. Trzy miesiące i kolejny ośrodek – w Pruszkowie Mosznej. Ostatnim przystankiem była już Warszawa.

Walczę sztuką

Najpierw kursy językowe. Jako trzynastolatek Ramzan trafił do trzeciej klasy podstawówki. Szybki przeskok do gimnazjum przy Raszyńskiej i nagle zaczęło się życie. To była pierwsza szkoła, która dała mu możliwość rozwoju. Znajoma powiedziała chłopakowi o zajęciach ceramiki w Pałacu Młodzieży. Ze swoim wielkim talentem do rzeźbienia szybko zdobył laury, został asystentem instruktora, był zauważany. Musiał nauczyć się, jak to jest działać samemu. – Ludzie mogą ci pomóc, ale najpierw sam musisz włożyć w to wszystko dużo pracy – przyznaje. Za rok zdawałby maturę. Ale nie zda jej już w Polsce. Wyjeżdża do Francji.

W Polsce jest kryzys, mama zachorowała, nie może znaleźć pracy. Nie mógłbym się jednocześnie uczyć i pracować – dodaje. We Francji czeka go system bardziej przyjazny obcokrajowcom. Po kolejnych kursach językowych będzie mógł się starać o indeks na Akademii Sztuk Pięknych. Na łatwiejszych warunkach. Nawet ze słabym wynikiem z francuskiego. Chce też studiować historię. Kiedy mi o tym opowiada, od tygodnia nie chodzi do szkoły. Kilka dni później jest już w Belgii. Miesiąc później na południu Francji. Co będzie dalej? Do Czeczenii nie wróci. Jako uchodźca polityczny nie może. A Polska? Może za 10 lat. Jak zdobędzie wykształcenie, jak jakoś się ułoży. Żeby tym razem nie szukać nowego miejsca na ziemi.

opozycjonistka

– Mama wiedziała, że demonstracja w Mińsku 25 marca źle się skończy. Czuła, że okrąża ich milicja. Nie została do końca. Chwilę potem zaczęło się pałowanie – opowiada mi o starciach w 2006 roku córka białoruskiej aktywistki, Barbara Koczarowa. To miało być wielkie święto opozycyjne – 88. rocznica powstania Białoruskiej Republiki Ludowej. Władze przygotowały kilkadziesiąt autokarów pełnych milicji. Ale matka nie przestała chodzić na zgromadzenia. Na kilka z nich zabrała dziewczynkę.

– Skandowaliśmy wszyscy przeciwko Łukaszence. Łał. Dla dziecka to było naprawdę coś – wspomina. Kłopoty zaczęły się w 2007 roku. Jej matka, Iryna, próbowała pomóc przyjaciółce Kryścinie Szacikawej. Dwa dni przed planowanymi uroczystościami opozycyjnymi w Mińsku, mohylewskie KGB wezwało Szacikawą na rozmowę. Kiedy już wyszła z urzędu, nieznani sprawcy wepchnęli ją w biały dzień do auta i zawieźli do szpitala psychiatrycznego z wnioskiem o przymusowej hospitalizacji. Iryna wszystko widziała. Dzień po uroczystościach komisja lekarska wypisała aktywistkę. Jak się później okazało, w psychiatryku chorej na serce kobiecie dawano zastrzyki. Jej koleżanka o sprawie poinformowała milicję. Dostała lakoniczną odpowiedź: „Informujemy, że Pani zapytanie dotyczące poszukiwań K. Szacikawej zostało rozpatrzone, w sprawie wszczęcia postępowania karnego zapadła decyzja odmowna, miejsce pobytu K. Szacikawej ustalono, a jej poszukiwań zaprzestano”. Niedługo potem do Iryny zaczęły przychodzić listy z KGB. Kobieta bała się o córkę. Przestrzegała: „Basiu, jeśli ktoś do ciebie podejdzie na ulicy, to z nikim nie rozmawiaj”.

Za swobodu

Ale 12-latka nie czuła wokół siebie niebezpieczeństwa. Postanowiła nawet zachęcić inne dzieci do zaangażowania. – Chciałam pokazać wszystkim na podwórku i w szkole, jak można się sprzeciwić. Miałam takie naklejki „Za swobodu” (za wolność). Naklejałam w szkole – wspomina. – Moja była za Łukaszenką, mieliśmy strasznego dyrektora. Chodziłam wszędzie przed lekcjami, jak jeszcze nikogo nie było i naklejałam. Raz przyczepiłam ich dużo do drzwi gabinetu dyrektora i w tym momencie on wyszedł. To było niezłe. Ale nic nie zobaczył – dodaje. W naklejanie wciągnęła też przyjaciółkę. Wśród nich było tylko kilkoro młodych opozycjonistów. – Ale na przykład szkoła naprzeciwko była właściwe cała opozycyjna. Dzieciom jakoś nie robili problemów – uważa Basia.

Nikt nie mógł wiedzieć, że wyjeżdżamy

Pierwszy do Polski wyjechał jej brat Sasza. Wszystko dzięki programowi stypendialnemu im. Konstantego Kalinowskiego dla białoruskiej młodzieży z opozycyjnych rodzin. W 2006 roku dostał się jako jeden z pierwszych studentów. Niedługo skończy zarządzanie na Uniwersytecie Warszawskim. Basia pojechała za nim kilka miesięcy później. Na razie tylko na wakacje. – To był obóz dla dzieci opozycjonistów białoruskich. Byli też Ukraińcy i Polacy – opowiada. – W Pniewach pod Poznaniem. Było bardzo fajnie. Wróciłam do domu i mama nagle: „Podobało ci się w Polsce?”. No tak, super było. „To dobrze, bo wyjeżdżamy”.

Wszystko zostało dobrze zaplanowane. Rodzina zebrała dokumenty potwierdzające działalność opozycyjną mamy. Basia nie mogła się z nikim pożegnać. Koleżanki nie mogły wiedzieć, że wyjeżdża. Że to już na zawsze. – Poszłaby wtedy plotka i by nas zatrzymali – tłumaczy dziewczyna. A tak udało się uniknąć problemów urzędowych. Miesiąc później wyruszyli w podróż w jednym kierunku. Ale tata został na Białorusi. Jest Ormianinem, nie chciał stracić kontaktu z tą częścią rodziny. Z dziećmi rozmawia często przez skype’a. W skrzynce pocztowej cały czas znajduje listy do Iryny. Raz nawet wezwanie do prokuratury. Dokumenty Basi zostały w szkole. Jeszcze przez rok nauczyciele sprawdzali jej obecność.

Do Polski Białorusini zwykle jeździli przez Brześć. Iryna z córką pojechały przez przejście Grodno-Kuźnica, bo tam zawsze mniej problemów. Na granicy czekały trzy godziny. Bo musiał przyjechać ktoś z Białegostoku, żeby wyrobić im dokumenty. Basia z uśmiechem wspomina, jak wielu pasażerów ukrywało w bagażu nielegalnie przewożone papierosy. Pierwszy tydzień spędziły w Warszawie w mieszkaniu brata. Potem już do ośrodka dla uchodźców w Dębaku.

Uchodźcy, bądźcie ciszej

– Było tam bardzo ciężko – wspomina Barbara. – W ośrodku było zamknięte społeczeństwo czeczeńskie – wyjaśnia. Jako trzynastolatka, mogłaby zgodnie z wyznawanym przez Czeczenów islamem wyjść już za mąż. Ale jest chrześcijanką. Rówieśnicy wytykali ją palcami, twierdzili, że jej wszystko wolno. Jednak po jakimś czasie wszyscy zaczęli się dogadywać. Kobiety potrafiły się dostosować, zyskały szacunek mieszkańców. Byli już przyjaciele, było łatwiej. W grudniu 2007 roku Polska weszła do strefy Schengen. – Codziennie przyjeżdżało 300 osób. Wszędzie był brud, smród. Tyle dzieci, brudnych. Krzyki. Najgorsze, że mieliśmy jedną łazienkę na cały korytarz– opowiada Koczarowa. Dziewczyna miała o tyle łatwiej, że dostała z matką od razu własny pokój. Zwykle uchodźcy najpierw mieszkają we wspólnym pomieszczeniu, dopiero potem otrzymują własne. Pomogli im pracownicy.
W szkole w Podkowie Leśnej Basia poczuła, czym jest ksenofobia. Ma wschodni typ urody, więc uznawano ją za Czeczenkę. Polskie dzieci nie chciały z nią rozmawiać. – To trochę dlatego, że młodzi Czeczeni niezbyt dobrze odzywali się do Polaków – tłumaczy. Czuć było wrogość. Basia na jednej z lekcji rozmawiała z koleżanką. Od razu usłyszała od nauczyciela: „Uchodźcy, bądźcie ciszej” Ale byli i przyjaźni ludzie. Kierowca autobusu, którym jeździli do Podkowy ją uwielbiał. Po prostu była dla niego miła.
Po dziesięciu miesiącach kobiety dostały kartę stałego pobytu i paszport podróżniczy. Musiały opuścić ośrodek.

Nauczyciele przynosili mi ubrania

Zamieszkały z bratem w Warszawie. Przez rok, co miesiąc dostawały 1200 złotych zasiłku. – Nie rozumiem, jak w tak krótkim czasie można się zintegrować z państwem. To było naprawdę ciężkie wyjść z Dębaku i zacząć normalnie żyć – wytyka dziewczyna. Jej mama musiała się nauczyć polskiego, Basia już trochę umiała. Iryna znalazła pracę, więc w domu było lepiej. Ale po roku znowu na całą rodzinę było tylko 1200 złotych pensji. – Wszystko szło na mieszkanie i jedzenie. Nic nie zostawało. Nie miałam nic – wspomina Barbara. Pomagali jej nauczyciele w gimnazjum przy Startowej. Przynosili dla niej ubrania. – Co miesiąc robili zrzutkę, żebym miała kieszonkowe. Dawali 100 złotych, to naprawdę było coś – przyznaje. Teraz sama zaczęła pracować. Pomaga pewnej starszej pani. Też Basi. Posprząta, ugotuje obiad, zrobi zakupy, posiedzi, porozmawia. Jest też hostessą w teatrze.

Na początku bała się mówić po polsku. Myślała, że jak będzie robić błędy, to ją wyśmieją. – Nie wiedziałam też, jak mam się zachowywać. Najcięższe było oderwanie się od tego, co było na Białorusi. Miałam trzynaście lat, zaczynało mi się tam życie, a tu nagle wszystko od początku. To było dla mnie nowe społeczeństwo, do nikogo się nie odzywałam, z nikim nie rozmawiałam – dodaje. W drugiej klasie do jej grupy dołączyła kolejna Basia. I ją rozkręciła. Teraz, w liceum, nie ma już żadnych problemów. Rozumie polskie dowcipy. Lepiej niż brat.

Miasto przyszłości

W Dębaku nauczyła się trochę czeczeńskiego. Białoruskiego nie zna, tylko rozumie. – W szkole słabo go uczyli. Pośród uczniów panowało przekonanie, że białoruski to bardzo brzydki język, a to nieprawda – tłumaczy. Dlatego lepiej zna rosyjski. – Łukaszenka sam nie zna ani tego, ani tego. Wszystko miesza. Wieśniak. W ogóle nie umie mówić prawidłowo – mówi Basia. Dziewczyna nie ma już kompleksu, że jest kimś innym. Czuje się, jak u siebie. Spolszczyła nawet imię. – Zauważyłam, że szybko wyrosłam przez te dziesięć miesięcy w Dębaku. Wydoroślałam. Już nie była mała Basia. W sumie to przerażające – uważa. Jej zdaniem jest tak z całą młodzieżą białoruską. Szybciej dorasta niż polska.

Jej mama ma wykształcenie teatralne, sama też już się angażuje artystycznie. Chce zostać scenografem. Niedługo złoży wniosek o polski paszport. Będzie mogła odwiedzić rodzinę. Opowiedzieć im, jak jest w tym świecie, którym się zachwycają z mamą. Dlaczego? – Całe życie byłam tylko w Mohylewie. Warszawa to dla mnie duże miasto. Nigdy nie widziałam wieżowców. Mieliśmy w szkole na Białorusi zadanie zrobić makietę miasta przyszłości. Zrobiłam wieżowce, które widziałam w Warszawie. Dla mnie to było przyszłością. Przyjechałam do Polski i okazało się, że one istnieją – odpowiada krótko.

Czeczenia, Syria, Białoruś. Tu się urodzili, ale wojna, terror, zniewolenie zmusiły ich do ucieczki z rodzinnych stron. Chcą godnie zyć. Nie jako uchodźcy, ale pełnoprawni obywatele. Są młodzi, mają marzenia i odwagę, by walczyć o siebie i bliskich! Polska jest ich nowym domem lub przystankiem w drodze...

 

Bartłomiej Pograniczny

Szpieg wraca do kraju

 

Homs, 2011 rok. – Dokumenty! Polak? Co pan robi w Syrii? – Igor Dolatkowski nie wie, co odpowiedzieć. Przecież mieszka w Syrii już 17 lat. Ale od miesięcy trwa bratobójcza wojna rebeliantów i wojsk prezydenta Asada. Igor nie ma syryjskiego obywatelstwa. Oficer, który go sprawdza, ma już swoją wersję: Dolatkowski jest polskim szpiegiem.

 

Wcześniej takie rzeczy chłopak słyszał na studiach w Tartus. Ale tylko czasami, w żartach od kolegów z wydziału turystyki. Kiedy konflikt się zaostrzył, coraz częściej i to od żołnierzy w trakcie kontroli w Homs, przez które zawsze wraca do domu w Hamie. Jego mama jest Polką, ojciec Syryjczykiem. W 1994 jako dwulatek znalazł się w Syrii. Spełnia wszystkie warunki, by otrzymać obywatelstwo, ale wcale go nie chce. Bo musiałby iść do wojska. A w syryjskim wojsku rządzą bardzo brutalne prawa. – Dowódca może co roku zabić trzech ze stu swoich podwładnych. Bez powodu. Jak się upije czy po prostu wkurzy. Traktuje się ludzi gorzej niż psy – wyjaśnia chłopak. Być może dzisiaj stałby w Homs, Hamie czy Damaszku i sam sprawdzałby ludzi, czy nie są w opozycji, czy ich rodziny nie walczą w oddziałach rebeliantów.

 

Puste miasto

 

Jego rodzice się rozwiedli, dlatego, zgodnie z syryjskim prawem, mieszka z matką. Jest katolikiem, miał mieszkanie w dzielnicy chrześcijańskiej. Z syryjską częścią rodziny nie ma kontaktu. Dla kolegów przybrał imię Sari. – Traktowali mnie jak swojego. Ale gdy przyszli wojskowi, zaczął się problem – dodaje. Dla nich był Polakiem. I to jeszcze na długo przed wojną. Odwiedzali go w domu i wciąż zadawali te same pytania: dlaczego jest w Syrii, czemu nie ma obywatelstwa, skąd zna tak dobrze język. Pukali też do innych „zagranicznych”. – Po prostu, żeby ludzie czuli, że jest wojsko, że jest władza. Chodziło tylko o zastraszanie – mówi Igor Sari.

 

Kiedy zaczynała się wojna, byli z matką odcięci od informacji. Dopiero w sieci zobaczyli pierwsze zdjęcia. Przedstawiciele rządu, politycy uciekli. Przez dwa miesiące nie było policji i żołnierzy. Miasto było puste. Nikt nie zginął. 45 kilometrów dalej wojskowi rozprawiali się z Homs. 31 lipca, dzień przed ramadanem byli już na przedmieściach Hamy. Za murami tego półmilionowego miasta mieszkańcy budowali barykady. Ale wojsko użyło artylerii. Zginęło 100 osób. – To ofiary, o których wiadomo, jak się nazywały, których dane ustalono. Tych, których zamknięto na stadionie piłkarskim było więcej. Paręset. Nikt nie wrócił – mówi Igor. Dzielnica chrześcijańska nie była zniszczona. Sari twierdzi, że chrześcijanie generalnie są prorządowi, dlatego nie dotknęły ich duże represje. Jednak tuż obok żołnierze chodzili po mieszkaniach. Nagle znikali ludzie. Tak przez cały ramadan. Kiedy wojsko wreszcie wyjeżdżało, żołnierze pisali na murach: „Wrócimy”, „Asad jest waszym Bogiem”.

 

Ostatni samolot

 

W Syrii możesz generalnie robić wszystko, co chcesz. Życie jest tam naprawdę fajne. Dopóki nie mówisz o polityce albo religii. To zakazane – wyjaśnia. Za mniejsze przewinienia wystarczy wręczyć odpowiednią łapówkę. – Miałem wielu znajomych, którzy kogoś zabili, poszli do więzienia, dwa dni później byli z powrotem – opowiada. Jednak, kiedy ktoś zrobi coś przeciwko prezydentowi czy partii, łapówka nie uratuje.

 

Mama Igora pojechała do Polski. Postanowiła zorganizować ucieczkę. Miała sprawdzić, czy jest szansa na mieszkanie i czy syn będzie mógł rozpocząć nowe studia. Kiedy wszystko było już gotowe, wysłała do niego maila: Pakuj się. Wyjeżdżamy.

 

Nie było tak łatwo. Czekaliśmy jeszcze trzy miesiące – wspomina Dolatkowski. Najpierw złożył papiery do Krakowa. Chciał się dostać na kurs polskiego. Z mamą i znajomymi z Polski rozmawiał w domu w ich wspólnym języku. Ale znał go za słabo, żeby studiować po polsku.

Liczyli na pomoc polskich dyplomatów, ale ambasada zawiodła. – Kiedy zamknęli placówkę w Damaszku, nawet nie zadzwonili do Polaków mieszkających w mieście. Nie napisali, że uciekają – wytyka dwudziestolatek. Razem z mamą z Damaszku odlecieli samolotem rejsowym węgierskiej linii Malew. Ostatnim. Potem były już tylko awaryjne loty dla ambasadorów czy polityków. Zabrali ze sobą dokumenty, maturę Igora, papiery z uniwersytetu, pieniądze, złoto. Reszta została.

 

Zrobię Polsce reklamę

 

Wylądowali w Budapeszcie. Stamtąd polecieli do Warszawy. Mama zamieszkała u rodziny, chłopak pojechał do Krakowa na kursy językowe. Dostał się na studia na Uniwersytecie Jagiellońskim i jednocześnie na Warszawskim. Wybrał stolicę. – Kraków jest cudowny, piękny, ale to w Warszawie jest przyszłość. Tutaj są ambasady, będę mieć więcej kontaktów – wyjaśnia. Chce zająć się dyplomacją, dlatego planuje aplikację dyplomatyczno-konsularną w MSZ. Warunkiem przyjęcia jest obywatelstwo polskie, znajomość dwóch języków na poziomie zaawansowanym i magisterka. Obywatelstwo już ma, języków zna kilka. Postanowił, że nie będzie kontynuował turystyki. Uważa, że jest za wcześnie, żeby pisał po polsku pracę licencjacką. Wybrał arabistykę. Pierwszy rok już za nim. Jeśli dostanie się na aplikację konsularną i zda egzamin, po dwóch latach pracy w Ministerstwie może zostać zatrudniony w którejś z ambasad. Najlepiej w Syrii lub Libanie. Bo tam są świetni ludzie i dobra kuchnia. – W świecie arabskim nie wiadomo nic o Polsce. Brakuje dobrej reklamy. Dla Syryjczyków Polska to część Rosji. Znają tylko Lecha Wałęsę, ale to wszystko. Chciałbym przekazywać im informacje o kraju – tłumaczy.

 

W tej wojnie stracił znajomych. Wielu jego kolegów działa w Wolnej Armii Syrii. – Mój przyjaciel studiował w Polsce. Dowiedziałem się, że wrócił do Syrii walczyć. Studiował medycynę, teraz będzie pomagać rannym – dodaje. Sam pewnie też niedługo wróci. Ale już jako polski dyplomata.

 

Bojownik artysta

 

W nocy bombardowali centrum miasta. Wszystko było słychać, jak za drzwiami. Strzelali po 3-4 godziny przez przerwy – wspomina Ramzan Mustafinov. Ma 19 lat, a za sobą już dwie wojny. Pierwszej nie pamięta. Kiedy w 1999 wybuchła II wojna czeczeńska, miał 5 lat.

 

Z dziecięcego pokoju szybko przeniósł się do piwnicy. – Schodziliśmy tam na bombardowania. Mieliśmy wodę do kolan. Niektórzy mieszkali tam przez wiele miesięcy. Rozpalali ogniska, korzystali z gazu. Jedli cokolwiek. Niektórzy nie wytrzymywali, wychodzili na zewnątrz. I ginęli – opowiada.

 

Dwadzieścia kroplówek

 

Trzeba było szybko wyjechać. Do Inguszetii. Najbliżej i granica niestrzeżona. Rodzice zorganizowali ciężarówkę, upchali na niej poduszki, materace, dokumenty i całą siedmioosobową rodzinę. I jak 174 tysiące innych Czeczenów pojechali na zachód. Zamieszkali na wsi, w jakiejś ruderze. Kiedy zasypiali, na horyzoncie wciąż było jasno. Niebo było czerwone. – Niesamowity, można by pomyśleć, piękny widok – opowiada dzisiaj Ramzan.

 

Warunki były fatalne. Chłopak zachorował na dyzenterię. Lekarze nie chcieli się nim zająć. Zajęliby się, ale za łapówkę. Przed śmiercią uratował go dyrektor zespołu medycznego, który przyjechał na wieś. Był znajomym brata jego dziadka. – Wkurzył się na lekarzy. Od razu się mną zaopiekowali. Dostałem dwadzieścia kroplówek – mówi dziewiętnastolatek. Rodzina przeniosła się w okolice Małgobeku, w lepsze warunki. – Ludzie mieszkali tam dobrze, nowocześnie – mówi Ramzan. Za 1500 rubli miesięcznie wynajęli dla siebie mały dom. Z gliny. – Był bardzo zaniedbany. Matka musiała wszystko odnowić. Pomalowała dom na biało. – wspomina. A w ogrodzie rosły winogrona. Przy wejściu jabłoń. – Jak w bajce – opowiada chłopak.

 

Pijani Ruscy w czołgach

 

Jako sześciolatek poszedł do inguskiej szkoły. Czeczeni, mimo bliskości republik, byli w niej dyskryminowani. Konflikt między dwiema częściami byłej Autonomicznej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej zaczął się, kiedy w 1991 roku Czeczenia ogłosiła niepodległość. Inguszetia wolała podpisać układ federacyjny z Rosją. Dlatego w 2000 roku młodzi Czeczeni byli tymi złymi, bo to ich rodziny rozpoczęły tę krwawą wojnę. Przez to Mustafinov siedział w klasie w ostatniej ławce. Bawił się z kolegą samochodzikami, bo i tak nikt się nim nie interesował. Kiedy dwa lata później wojna oficjalnie się skończyła, Rosjanie kazali wracać do Groznego. Ale to nie było już to samo miasto. – Ktoś zabił jego ducha – stwierdza chłopak. Przyznaje, że to było jedno z najgorszych miejsc, w których mieszkał. Rodzice bali się wypuszczać go do szkoły. Nie wiadomo skąd, nagle nadlatywały helikoptery. Na skrzyżowaniach stały na wpół zamaskowane czołgi, a w nich… pijani Rosjanie.

 

Czystki

 

Najgorsze były czystki. Czystki z bandytyzmu – wspomina chłopak. Kiedy miał jedenaście lat, zaczęło się nocne walenie do drzwi. O trzeciej nad ranem do mieszkania wchodzili rosyjscy żołnierze. Świecili latarką prosto w oczy i pytali, kim jest. Czy może w partyzantce? „On ma dziesięć lat” mówiła jego matka. Specjalnie zaniżała wiek, 14-latkowie formalnie mogą już używać broni, dlatego Rosjanie chcieli eliminować przyszłych rebeliantów.

 

Któregoś dnia miał pojechać z klasą zobaczyć choinkę w centrum Groznego. Ktoś odradził. Jego matka, wicedyrektorka szkoły, nie chciała narażać dzieci. Potem z telewizji dowiedziała się, że to była mądra decyzja. Na drzewku wisiał ładunek wybuchowy. Choinkę rozsadziło. Kilka osób zginęło, wiele zostało rannych. Może zabawkę na drzewku dotknął jakiś zaciekawiony malec?

 

Przez Moskwę do Warszawy

 

O tym, żeby wyjechać rodzina Ramzana myślała już na początku wojny. Jego ciocia uciekła do Europy, ale matka i ojciec zdecydowali, że zostaną. W 2003 roku po referendum konstytucyjnym Czeczenia stała się częścią federacji rosyjskiej. Kolejna szansa na lepsze życie pojawiła się trzy lata później: mogli wyjechać. W Norwegii mieli rodzinę, jednak ich nową ojczyzną miała stać się Polska. Paszport zagraniczny? Tak, ale najpierw łapówka. Zwłaszcza, że kiedy chcieli wyjechać, okazało się, iż dane ojca Ramzana zgadzały się z danymi jakiegoś przestępcy. Chłopak pojechał tylko z matką. Najpierw trzy dni do Moskwy, potem Białoruś i w końcu Polska. O szóstej rano wysiedli z pociągu w Terespolu. Zanim dostali się do ośrodka dla uchodźców w Łukowie, zostali dokładnie sprawdzeni. Trzy miesiące i kolejny ośrodek – w Pruszkowie Mosznej. Ostatnim przystankiem była już Warszawa.

 

Walczę sztuką

 

Najpierw kursy językowe. Jako trzynastolatek Ramzan trafił do trzeciej klasy podstawówki. Szybki przeskok do gimnazjum przy Raszyńskiej i nagle zaczęło się życie. To była pierwsza szkoła, która dała mu możliwość rozwoju. Znajoma powiedziała chłopakowi o zajęciach ceramiki w Pałacu Młodzieży. Ze swoim wielkim talentem do rzeźbienia szybko zdobył laury, został asystentem instruktora, był zauważany. Musiał nauczyć się, jak to jest działać samemu. – Ludzie mogą ci pomóc, ale najpierw sam musisz włożyć w to wszystko dużo pracy – przyznaje. Za rok zdawałby maturę. Ale nie zda jej już w Polsce. Wyjeżdża do Francji.

 

W Polsce jest kryzys, mama zachorowała, nie może znaleźć pracy. Nie mógłbym się jednocześnie uczyć i pracować – dodaje. We Francji czeka go system bardziej przyjazny obcokrajowcom. Po kolejnych kursach językowych będzie mógł się starać o indeks na Akademii Sztuk Pięknych. Na łatwiejszych warunkach. Nawet ze słabym wynikiem z francuskiego. Chce też studiować historię. Kiedy mi o tym opowiada, od tygodnia nie chodzi do szkoły. Kilka dni później jest już w Belgii. Miesiąc później na południu Francji. Co będzie dalej? Do Czeczenii nie wróci. Jako uchodźca polityczny nie może. A Polska? Może za 10 lat. Jak zdobędzie wykształcenie, jak jakoś się ułoży. Żeby tym razem nie szukać nowego miejsca na ziemi.

 

opozycjonistka

 

Mama wiedziała, że demonstracja w Mińsku 25 marca źle się skończy. Czuła, że okrąża ich milicja. Nie została do końca. Chwilę potem zaczęło się pałowanie – opowiada mi o starciach w 2006 roku córka białoruskiej aktywistki, Barbara Koczarowa. To miało być wielkie święto opozycyjne – 88. rocznica powstania Białoruskiej Republiki Ludowej. Władze przygotowały kilkadziesiąt autokarów pełnych milicji. Ale matka nie przestała chodzić na zgromadzenia. Na kilka z nich zabrała dziewczynkę.

 

Skandowaliśmy wszyscy przeciwko Łukaszence. Łał. Dla dziecka to było naprawdę coś – wspomina. Kłopoty zaczęły się w 2007 roku. Jej matka, Iryna, próbowała pomóc przyjaciółce Kryścinie Szacikawej. Dwa dni przed planowanymi uroczystościami opozycyjnymi w Mińsku, mohylewskie KGB wezwało Szacikawą na rozmowę. Kiedy już wyszła z urzędu, nieznani sprawcy wepchnęli ją w biały dzień do auta i zawieźli do szpitala psychiatrycznego z wnioskiem o przymusowej hospitalizacji. Iryna wszystko widziała. Dzień po uroczystościach komisja lekarska wypisała aktywistkę. Jak się później okazało, w psychiatryku chorej na serce kobiecie dawano zastrzyki. Jej koleżanka o sprawie poinformowała milicję. Dostała lakoniczną odpowiedź: „Informujemy, że Pani zapytanie dotyczące poszukiwań K. Szacikawej zostało rozpatrzone, w sprawie wszczęcia postępowania karnego zapadła decyzja odmowna, miejsce pobytu K. Szacikawej ustalono, a jej poszukiwań zaprzestano”. Niedługo potem do Iryny zaczęły przychodzić listy z KGB. Kobieta bała się o córkę. Przestrzegała: „Basiu, jeśli ktoś do ciebie podejdzie na ulicy, to z nikim nie rozmawiaj”.

 

Za swobodu

 

Ale 12-latka nie czuła wokół siebie niebezpieczeństwa. Postanowiła nawet zachęcić inne dzieci do zaangażowania. – Chciałam pokazać wszystkim na podwórku i w szkole, jak można się sprzeciwić. Miałam takie naklejki „Za swobodu” (za wolność). Naklejałam w szkole – wspomina. – Moja była za Łukaszenką, mieliśmy strasznego dyrektora. Chodziłam wszędzie przed lekcjami, jak jeszcze nikogo nie było i naklejałam. Raz przyczepiłam ich dużo do drzwi gabinetu dyrektora i w tym momencie on wyszedł. To było niezłe. Ale nic nie zobaczył – dodaje. W naklejanie wciągnęła też przyjaciółkę. Wśród nich było tylko kilkoro młodych opozycjonistów. – Ale na przykład szkoła naprzeciwko była właściwe cała opozycyjna. Dzieciom jakoś nie robili problemów – uważa Basia.

 

Nikt nie mógł wiedzieć, że wyjeżdżamy

 

Pierwszy do Polski wyjechał jej brat Sasza. Wszystko dzięki programowi stypendialnemu im. Konstantego Kalinowskiego dla białoruskiej młodzieży z opozycyjnych rodzin. W 2006 roku dostał się jako jeden z pierwszych studentów. Niedługo skończy zarządzanie na Uniwersytecie Warszawskim. Basia pojechała za nim kilka miesięcy później. Na razie tylko na wakacje. – To był obóz dla dzieci opozycjonistów białoruskich. Byli też Ukraińcy i Polacy – opowiada. – W Pniewach pod Poznaniem. Było bardzo fajnie. Wróciłam do domu i mama nagle: „Podobało ci się w Polsce?”. No tak, super było. „To dobrze, bo wyjeżdżamy”.

 

Wszystko zostało dobrze zaplanowane. Rodzina zebrała dokumenty potwierdzające działalność opozycyjną mamy. Basia nie mogła się z nikim pożegnać. Koleżanki nie mogły wiedzieć, że wyjeżdża. Że to już na zawsze. – Poszłaby wtedy plotka i by nas zatrzymali – tłumaczy dziewczyna. A tak udało się uniknąć problemów urzędowych. Miesiąc później wyruszyli w podróż w jednym kierunku. Ale tata został na Białorusi. Jest Ormianinem, nie chciał stracić kontaktu z tą częścią rodziny. Z dziećmi rozmawia często przez skype’a. W skrzynce pocztowej cały czas znajduje listy do Iryny. Raz nawet wezwanie do prokuratury. Dokumenty Basi zostały w szkole. Jeszcze przez rok nauczyciele sprawdzali jej obecność.

 

Do Polski Białorusini zwykle jeździli przez Brześć. Iryna z córką pojechały przez przejście Grodno-Kuźnica, bo tam zawsze mniej problemów. Na granicy czekały trzy godziny. Bo musiał przyjechać ktoś z Białegostoku, żeby wyrobić im dokumenty. Basia z uśmiechem wspomina, jak wielu pasażerów ukrywało w bagażu nielegalnie przewożone papierosy. Pierwszy tydzień spędziły w Warszawie w mieszkaniu brata. Potem już do ośrodka dla uchodźców w Dębaku.

 

Uchodźcy, bądźcie ciszej

 

Było tam bardzo ciężko – wspomina Barbara. – W ośrodku było zamknięte społeczeństwo czeczeńskie – wyjaśnia. Jako trzynastolatka, mogłaby zgodnie z wyznawanym przez Czeczenów islamem wyjść już za mąż. Ale jest chrześcijanką. Rówieśnicy wytykali ją palcami, twierdzili, że jej wszystko wolno. Jednak po jakimś czasie wszyscy zaczęli się dogadywać. Kobiety potrafiły się dostosować, zyskały szacunek mieszkańców. Byli już przyjaciele, było łatwiej. W grudniu 2007 roku Polska weszła do strefy Schengen. – Codziennie przyjeżdżało 300 osób. Wszędzie był brud, smród. Tyle dzieci, brudnych. Krzyki. Najgorsze, że mieliśmy jedną łazienkę na cały korytarz– opowiada Koczarowa. Dziewczyna miała o tyle łatwiej, że dostała z matką od razu własny pokój. Zwykle uchodźcy najpierw mieszkają we wspólnym pomieszczeniu, dopiero potem otrzymują własne. Pomogli im pracownicy.

W szkole w Podkowie Leśnej Basia poczuła, czym jest ksenofobia. Ma wschodni typ urody, więc uznawano ją za Czeczenkę. Polskie dzieci nie chciały z nią rozmawiać. – To trochę dlatego, że młodzi Czeczeni niezbyt dobrze odzywali się do Polaków – tłumaczy. Czuć było wrogość. Basia na jednej z lekcji rozmawiała z koleżanką. Od razu usłyszała od nauczyciela: „Uchodźcy, bądźcie ciszej” Ale byli i przyjaźni ludzie. Kierowca autobusu, którym jeździli do Podkowy ją uwielbiał. Po prostu była dla niego miła.

Po dziesięciu miesiącach kobiety dostały kartę stałego pobytu i paszport podróżniczy. Musiały opuścić ośrodek.

 

Nauczyciele przynosili mi ubrania

 

Zamieszkały z bratem w Warszawie. Przez rok, co miesiąc dostawały 1200 złotych zasiłku. – Nie rozumiem, jak w tak krótkim czasie można się zintegrować z państwem. To było naprawdę ciężkie wyjść z Dębaku i zacząć normalnie żyć – wytyka dziewczyna. Jej mama musiała się nauczyć polskiego, Basia już trochę umiała. Iryna znalazła pracę, więc w domu było lepiej. Ale po roku znowu na całą rodzinę było tylko 1200 złotych pensji. – Wszystko szło na mieszkanie i jedzenie. Nic nie zostawało. Nie miałam nic – wspomina Barbara. Pomagali jej nauczyciele w gimnazjum przy Startowej. Przynosili dla niej ubrania. – Co miesiąc robili zrzutkę, żebym miała kieszonkowe. Dawali 100 złotych, to naprawdę było coś – przyznaje. Teraz sama zaczęła pracować. Pomaga pewnej starszej pani. Też Basi. Posprząta, ugotuje obiad, zrobi zakupy, posiedzi, porozmawia. Jest też hostessą w teatrze.

 

Na początku bała się mówić po polsku. Myślała, że jak będzie robić błędy, to ją wyśmieją. – Nie wiedziałam też, jak mam się zachowywać. Najcięższe było oderwanie się od tego, co było na Białorusi. Miałam trzynaście lat, zaczynało mi się tam życie, a tu nagle wszystko od początku. To było dla mnie nowe społeczeństwo, do nikogo się nie odzywałam, z nikim nie rozmawiałam – dodaje. W drugiej klasie do jej grupy dołączyła kolejna Basia. I ją rozkręciła. Teraz, w liceum, nie ma już żadnych problemów. Rozumie polskie dowcipy. Lepiej niż brat.

 

Miasto przyszłości

 

W Dębaku nauczyła się trochę czeczeńskiego. Białoruskiego nie zna, tylko rozumie. – W szkole słabo go uczyli. Pośród uczniów panowało przekonanie, że białoruski to bardzo brzydki język, a to nieprawda – tłumaczy. Dlatego lepiej zna rosyjski. – Łukaszenka sam nie zna ani tego, ani tego. Wszystko miesza. Wieśniak. W ogóle nie umie mówić prawidłowo – mówi Basia. Dziewczyna nie ma już kompleksu, że jest kimś innym. Czuje się, jak u siebie. Spolszczyła nawet imię. – Zauważyłam, że szybko wyrosłam przez te dziesięć miesięcy w Dębaku. Wydoroślałam. Już nie była mała Basia. W sumie to przerażające – uważa. Jej zdaniem jest tak z całą młodzieżą białoruską. Szybciej dorasta niż polska.

 

Jej mama ma wykształcenie teatralne, sama też już się angażuje artystycznie. Chce zostać scenografem. Niedługo złoży wniosek o polski paszport. Będzie mogła odwiedzić rodzinę. Opowiedzieć im, jak jest w tym świecie, którym się zachwycają z mamą. Dlaczego? – Całe życie byłam tylko w Mohylewie. Warszawa to dla mnie duże miasto. Nigdy nie widziałam wieżowców. Mieliśmy w szkole na Białorusi zadanie zrobić makietę miasta przyszłości. Zrobiłam wieżowce, które widziałam w Warszawie. Dla mnie to było przyszłością. Przyjechałam do Polski i okazało się, że one istnieją – odpowiada krótko.